Islandia – wyspa marzeń


Od pewnego czasu moim podróżniczym marzeniem była Islandia, lecz nie spodziewałem się, że tak szybko uda mi się je spełnić, bo niełatwo zgrać ekipę na taką wyprawę. Okazało się, że kolega Marcin planuje także wybrać się tam z siostrą Anią, a nawet kupili bilety na wrzesień. Tym sposobem zaczęliśmy planować kilkudniową podróż i zebraliśmy resztę pięcioosobowej grupy, do której dołączyli Dominik i Jacek.

Gdzie my jesteśmy?

Po kilku tygodniach przygotowań, a łatwo nie było zmieścić się w bagaż podręczny z toną jedzenia i sprzętu fotograficznego, nadszedł Ten dzień. Spotkaliśmy się po południu na poznańskiej Ławicy skąd wylecieliśmy ze sporym opóźnieniem. Całą podróż rosła ekscytacja na myśl, że za chwilę To się wydarzy, stanę na wyspie marzeń! Mimo, że na miejscu było pochmurnie tuż po wyjściu z samolotu powitał nas piękny zachód słońca i w sumie tyle zobaczyliśmy tego dnia, bo zanim wypożyczyliśmy auto było już ciemno. Warto wspomnieć, że Islandia jest w innej strefie czasowej, więc mieliśmy trochę więcej czasu. Nasz wynajęty domek był niespełna godzinę jazdy od lotniska. Jechaliśmy zmęczeni i ciekawi krajobrazu, którego zobaczyć nie możemy w nocy. Wyjeżdżając z Reykjaviku była już tylko ciemność, droga i my, ospali poszukiwacze kwatery. Nawigacja doprowadziła nas w miejsce gdzie powinien być domek, ale są tylko drzewa. Wysiedliśmy kilka razy z auta z latarkami i szukaliśmy, aż w końcu znaleźliśmy starą bramę, która prowadziła do jedynego tam źródła światła no i był! Padnięci rozgościliśmy się w domku, ogrzaliśmy i przygotowaliśmy do porannego wyjazdu…

WOW!

Po przebudzeniu wszyscy byliśmy ciekawi gdzie się w ogóle znajdujemy, każdy kto wychodził z ciepłego oraz wygodnego łóżka na zewnątrz ze zdumieniem otwierał oczy i usta na widok jaki gościł za drzwiami. Nikt wtedy nie odczuwał porannego zimna tylko patrzyliśmy i podziwialiśmy piękno natury w naszej okolicy. Nie ma nic piękniejszego niż mieszkanie w takim miejscu! To był po prostu obłęd i w życiu nie spodziewałem się, że przeżyję coś takiego. Najchętniej siedzielibyśmy na werandzie z kubkiem herbaty cały dzień i wpatrywali się w krajobraz, jednakże przylecieliśmy zobaczyć więcej. Całą trasę piękny, niecodzienny oraz zmienny widok za oknami samochodu. Zatrzymywalibyśmy się jak najczęściej, by wyjść robić zdjęcia i patrzeć, ale mieliśmy sporą trasę do przejechania by zobaczyć jak najwięcej. Niesamowite jest to, że jadąc długi kawałek jest płasko z każdej strony, zero drzew aż tu nagle wyrastają góry, taki zaskakujący zmienny krajobraz tej malowniczej wyspy. Jedna droga, a ukształtowanie terenu zmienia się co jakiś czas. Podobno w tym okresie turystów nieco mniej, ale i tak zrobienie zdjęcia bez ludzi graniczyło z cudem, bo takich jak ja ze statywem były tam dziesiątki. Fotografowie z całego świata i każdy chciałby zrobić swoje zdjęcie, mimo że takich podobnych są już tysiące. Szczególną popularnością cieszyły się wodospady, tam było nas zawsze najwięcej.

Niby autem, ale dojść trzeba

Większość naszych punktów była niedaleko trasy, ale zdarzyło się, że niektóre wymagały dojścia o własnych siłach. Taką jedną z bardziej męczących wędrówek było miejsce wraku samolotu, które jak okazało się było oddalone od miejsca parkingu o 3km. Hmmm, co to kilka kilometrów pomyślicie, racja to niewiele, ale tutaj trzeba wziąć poprawkę na warunki. Była to trasa niby płaska, ale nudna, szło się około godziny przez pustkowie w stronę wybrzeża, którego celu wzrokiem nie można sięgnąć, do tego walka z silnym islandzkim wiatrem, który dodatkowo spowalniał i co chwilę deszcz. Na dodatek na horyzoncie w połowie drogi ukazała się wielka chmura deszczowa, która pochłonęła z czasem góry płynąc w naszym kierunku. W głowie bitwa myśli czy iść czy wracać do samochodu jeśli u celu nie ma kryjówki a za chwilę mogliśmy być mokrzy do suchej nitki. No ale być tu i nie zobaczyć to zbrodnia, więc poszliśmy dalej. Na nasze szczęście chmura przeszła bokiem, tylko delikatna mżawka sięgnęła nas za sprawą silnego wiatru. U celu zastaliśmy słynny wrak otoczony turystami, ale plusem było to, że nagle pojawiło się słońce, które wynagrodziło ostatnią nudną godzinę. Przez niekorzystne warunki powietrzne prawie niemożliwym było nagranie ujęcia samolotu z drona, ale udało się! Często bywały problemy z tym przy filmowaniu i mogę śmiało rzec, że wiele lotów było ryzykownych, ale sporo ujęć wyszło fajnie, a efekty już niebawem.

Wpadka

Jak to codziennie wychodziliśmy o poranku przed domek korzystać z uroków miejsca, w którym znajdowała się nasza baza. Każdy beztrosko zajmował się sobą, aż tu nagle chciałem wejść do pokoju by zmienić baterię w aparacie i nie mogłem. Drzwi zamknięte, spytałem się kto zatrzasnął drzwi i ma klucz. Okazało się, że klucze zostały w środku i pojawił się problem z wejściem. Niektórzy bez kurtek w klapkach musieli marznąć i szukać sposobu na wejście do domku, na dodatek zasmuceni, że zamiast wyjeżdżać w dalszą trasę stracimy czas na otwarcie drzwi. Przeryliśmy całe otoczenie domku by znaleźć sposób włamania, już mieliśmy dzwonić do właścicielki, aż nagle Jacek odkrył, że jedno z okienek na szczęście jest uchylone. Pewnym sposobem udało się otworzyć całkowicie i z małym opóźnieniem wyruszyliśmy w nieznane.

Magia nie z tej planety

Niestety nie udało nam się objechać całej wyspy, by tego dokonać trzeba tam spędzić znacznie więcej czasu. Mimo że ruch samochodowy jest tam raczej znikomy, to na drogach występują częste ograniczenia, do których wszyscy się stosują (myślę że nikt nie chciałby dostać tam mandatu), ale w kilka dni zobaczyliśmy wiele rzeczy przejeżdżając ponad 1500km. Wracaliśmy zwykle po zachodzie zmęczeni do naszej bazy, widząc bezchmurne gwieździste niebo myśleliśmy, że będąc tutaj fajnie byłoby zobaczyć zorzę polarną. Planując tę przygodę nie nastawialiśmy się na to, bo byliśmy świadomi zmienności pogody na Islandii z przewagą zachmurzenia. Jednak z ciekawości sprawdzaliśmy prognozy i ku naszemu zaskoczeniu były one obiecujące. W tym momencie podniósł mi się poziom ekscytacji z myślą, że ujrzenie pierwszy raz na własne oczy tego zjawiska na właśnie tam byłoby spełnieniem marzenia w marzeniu. Taka wisienka na torcie całej wyprawy! Siedząc wieczorem przy herbacie, Jacek wychodzi na dwór i nagle krzyczy wbiegając do domku i stawiając nas na równe nogi „Jest! Chodźcie szybko!”. Wszyscy bez ubierania kurtek wyskoczyliśmy na werandę, a naszym oczom ukazało się najpiękniejsze zjawisko jakie w swoim życiu widziałem na niebie. Magiczne, piękne, niepowtarzalne, jedyne w swoim rodzaju, po prostu seans dla oczu. Ciężko dokładniej opisać co czuje się, patrząc na zorzę. To trzeba po prostu zobaczyć, przeżyć. Niestety jest to chwilowe, więc najlepiej siedzieć i czekać, aż pojawi się znowu, ale warto!

Po kilku dniach niezwykłej przygody przyszła pora na powrót do domu, a chciało by się zostać tam znacznie dłużej. Na szczęście zostają wspomnienia i zdjęcia oraz film, które je umacniają. Nie opłacało się już zapuszczać w dalsze trasy, więc do południa korzystaliśmy z uroków naszej miejscówki, ostatnie westchnienie i spojrzenie na uroczy domek. W drodze na lotnisko małe zwiedzanie stolicy Islandii, gdzie w każdej odwiedzonej kawiarni czy sklepie z pamiątkami można usłyszeć nasz ojczysty język co jest miłym zaskoczeniem, aż można poczuć się jak w domu. Jako, że wylot mieliśmy po zachodzie słońca, a siedziałem przy oknie od strony północnej, miałem ostatnią okazję na podziwianie tańczącej aurory, która oddalała się coraz bardziej i bardziej…

poniżej pełna galeria, zachęcam do oglądania…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*